Nasz plakat koło kibla ktoś popisał pisakiem. Zamiast U-Bahn. Nieznośna posępność bycia. Muzyka dla żywych i umarłych było napisane:
U-Bahn. Nieznośna posępność przepicia. Muzyka dla parszywych buraków Atoma jako jedynego z nas to rzeczywiście rozgniewało, ponieważ jest radykałem. Zdarł plakat i wcisnął go do kibla, ale więcej zrobić nie mógł. Plakat wisiał na ścianie cały tydzień i wszyscy, którzy przyszli na koncert, musieli go widzieć.
– Spoko Atom. Trzeba było to tam zostawić – uspokajał go Pancho Dirk. – Nie daj się wyprowadzić z równowagi. Ja jestem z tego dumny. Antyreklama działa często lepiej niż płatna reklama. Weź no te książki Grassa z lat dziewięćdziesiątych. Wszyscy krytycy pisali, jakie są kiepskie, słabe, naciągnięte, wyjałowione, ale część ludzi właśnie dlatego je kupiła, a druga część dlatego, żeby swego artystę wesprzeć w boju z głupkami. Tak że stąd musimy brać przykład!
Napić się przyszło kilka osób, koło trzydziestu, to znaczy więcej, niż oczekiwaliśmy. Ze znajomych przyszła Katrin i jej koleżanki ze studiów – żywiołowa i pucułowata Halina i rachityczna Gudrun.
– Ty, ta Halina to naprawdę Polka? – zapytał Pancho Dirk, który na pierwszy koncert włożył czarną koszulkę z białym napisem Pochowajcie mnie z gitarą.
Przytaknąłem. Pancho Dirk rozpływał się z zachwytu, jakbyśmy grali na stadionie Wembley a nie w barze Zosch, jakby wierzył w olśniewającą przyszłość naszej kapeli, która nigdy nie skończy jak Slade, którzy już nie grają na stadionach, ale na kąpieliskach w Czechach.
– Będzie dobrze. Czuję to. Tak jakoś dziwnie mnie świerzbi ciało. Ale koszulkę mam dobrą, nie?
Przytaknąłem po raz drugi i wybuchła mała kłótnia o playlistę. Playlisty nie można nie doceniać. Pierwszą piosenką możecie wszystko wygrać, albo tez stracić, nie może to być ani wolny, ani punkowy utwór, ani największy hit, ani ten najsłabszy kawałek.
Atom chciał zacząć od Ich bin Berlin, którą my z Panchem chcieliśmy wykorzystać jako bis, w który jednak za bardzo nie wierzyliśmy. Atom krzyknął, że nie musi dzisiaj zagrać wcale, jeżeli nie zagramy jego szlagieru. A co mówi Atom, to mówi poważnie, o tym już wiedzieliśmy.
Ustąpiliśmy. Ale na początek koncertu powiesiliśmy prostą i szybką piosenkę, którą zerżnęliśmy od Pixies. Tekst napisaliśmy wspólnie z Pancho Dirkiem, który określił to jako „super-egzystencjalny pop, ponieważ gdyby Camus grał punkrocka, mogę sobie wyobrazić, że to by się mu mogło naprawdę podobać, że to idzie po linii ludzkiego wyobcowania…”
Nasze pozostałe utwory też nie są całkiem oryginalne. Gdyby na nasz koncert przyszedł ktoś ze Stooges, Stranglers albo Joy Division, to by się zdziwił. Tylko Kundera z Bukowskim by się nie zdziwili, ponieważ w naszej kapeli są obecni tylko w uczuciach.
– Uczucia w przeciwieństwie do akordu gitarowego są nie do uchwycenia, tylko do przeczucia, jak burza w duszny dzień – śmiał się Pancho Dirk.
Ale czy powinniśmy się tym martwić? Możecie w rocku wymyślić w ogóle coś innego, kiedy wszystko już zostało powiedziane? Kiedy starczy umieć chwycić ce, gie, i de i utrzymać przez trzy minuty rytm?
Nie.
I jeszcze raz nie. Możecie napisać wolną albo szybką piosenkę, możecie napisać jeszcze jedną, która w zwrotce ciągnie się powoli jak dym a w refrenie wybucha jak Etna, ale to tak wszystko, co w rocku możecie skomponować. Muzycy rockowi nie mają lepiej niż sprzedawcy hamburgerów i kebabów. Wszyscy mielą z resztek.
– Spróbuj wymyślić nowego hamburgera! Spróbuj inaczej zmielić mięso. Ni chuja. A spróbuj inaczej napisać piosenkę! To smutne, ale jesteśmy pokoleniem skazanym na wieczne kopiowanie i akordowe wykradanie. Jeśli nie chcesz grac techno, to możesz wymyślić tylko nowy światopogląd, inne koszulki i napisać trochę inne teksty.
Pancho Dirk ma rację. Absolutną rację. Techno grać nie chcemy, bo nie jesteśmy robotami. Funk albo hip-hopu też grać nie chcemy, bo nie jesteśmy murzynami. Tak że spróbujemy znaleźć nowy światopogląd. Przede wszystkim chcemy grać.
Katrin przyszła do szatni dać mi buziaka. Nieco mniejsze wlepiła też w policzki Pancha i Atoma. To ponoć na szczęście. Zapytała, czy jesteśmy zdenerwowani. Co można na to odpowiedzieć minutę przed pierwszym koncertem? Nie odpowiedzieliśmy nic.
Graliśmy drudzy. Skończyliśmy papierosa, zestroiliśmy się i rzuciliśmy na małe, źle oświetlone podium. Pancho Dirk zakrzyczał do mikrofonu i w ciszę:
– Cześć, my jesteśmy U-Bahn, muzyka dla żywych i umarłych serc. Pierwszy kawałek nazywa się Tunel.
– A ja jestem Harald Złotowłosy, król wszystkich Wikingów! – odpowiedział ktoś z tyłu.
Atom zza perkusji odliczył, Pancho Dirk dołączył bas, jak zaostrzyłem pierwszy akord. Pancho staje na palcach i nachyla się do mikrofonu:
Pociąg mgłę przed sobą toczy
Ja w tej mgle zanurzam oczy
Szukam ciepła, tracę mowę
Lecz na ciele mam wciąż głowę
Ten, kto widzi to, co będzie
Wyciąga z kieszeni ręce
Wyciąga pomału szlugi
Nas dym zamienia w smugi
Czoło pociągu
Moje czoło
Tonę w przeciągu
Tracę ciało
– Niech żyją parszywe buraki! – krzyknął z tyłu Harald Złotowłosy.
Ale kilka osób zaklaskało, a oklaski głaszczą i wzmacniają. Wrzuciliśmy Nightclubbing i China Girl, sprawdzone numery z Idioty Iggiego, którą nagrał z Bowiem, a którą często sobie w Pradze puszczałem z Żonią i która – ta płyta – wydaje się Katrin staromodna. Ale z Panchem i Atomem ją lubimy.
Chociaż Atom dwa razy zgubił rytm a mnie w drugim kawałku rozstroiła się gitara, dziewczyny chwyciły, tak też obstawialiśmy. Dobrze czasem wystroić się w cudze piórka. Grzeją. Ale nie wolno w nich zostać za długo. Ale łatwo o tym zapomnieć.
Tak jak mówię, Bowiego i Popa lubimy. Atom nam opowiadał, że jego wujek był wschodnioniemieckim rockerem, który zwiał na zachód i regularnie widywał Iggiego z Bowiem w małych tureckich spożywczakach na Hauptstrasse w Schönberg, gdzie wtedy w latach siedemdziesiątych mieszkali. Do sklepu mieli ponoć kilka kroków, ale z zasady jeździli starym merolem Popa, który miał zamiast podłogi papierowo-drewniane płyty.
– Codziennie po południu wujek chodził tam po warzywa i piwo, a Pop z Bowiem po dwa litry mleka i flaszkę wódki. Nigdy ponoć nie brali nic innego – opowiadał Atom.
– Aż wujek któregoś razu zapytał: Iggy, czemu ty wciąż to mleko do wódki pijesz? Czemu nie na przykład sok pomarańczowy?
A Pop mu odpowiedział: widziałeś już kiedyś z bliska drogę mleczną?
Nie, powiedział wujek.
No widzisz. Ja też nie. Nie każdy może być Gagarinem. Albo przynajmniej nie od razu.
Pancho Dirk zapowiada piosenkę, którą o tym napisaliśmy. Nazywa się Gagarin Pop.
Latają po niebie
dziwne rakiety
Motają się pijane
Zmrożone na wieki
W jednej pije Gagarin
W drugiej Iggy Pop
Nie mają nic do roboty
A na Ziemię wstęp wzbroniony
Ja się włączam w refrenie:
Nie każdy może być Gagarinem
A czemu nie spróbować
Nie każdy może być Gagarinem
I dać się rozporcjować
A potem pozwalam gitarze sprzęgać, dziewczynom to musi rozrywać uszy, nie wiem, jak Katrin, ale Żonia przy ryczącej gitarze zawsze uszy zatykała. Wolała czyste piosenki. Melancholijne, ale czyste.
A Pancho Dirk krzyczy:
Rocker szuka miłości
W kosmosie
Kosmonauta szuka wzniosłości
W kosmosie
Ktoś z Pozor vlak! wrzasnął: – Dobra, chlejemy!
Ruszyliśmy z następną piosenką, którą ukradliśmy, songiem Bowiego Heroes. Ja śpiewam angielską, a Pancho niemiecką część, przeciągamy na dobre osiem minut, już mi cierpnie nadgarstek, bo w tej piosence Bowie z Enem za dużo nie wymyślili, wciąż w kółko jeden riff, ale uporczywy, i dlatego piękny, z Pancho Dirkiem zgodziliśmy się co do tego.
Sala klaszcze i ośmiu, nie, dziewięciu, a przez chwilę nawet dwunastu ludzi tańczy, prawie same dziewczyny, ktoś nam przekazał setki a mnie się wydaje, że szczęście można naprawdę ukraść. Ale nawet to kradzione nie trwa dłużej niż to prawdziwe.
Dosyć chwycił numer napisany przez Pancha po porażce z Katrin, ale wreszcie przyszło to, co przyjść musiało: piosenka Atoma, która stała się naszą atomową śmiercią, pieśnią pogrzebową punkrockowego wieczora w barze Zosch, gdzie od tego czasu nie wolno nam się pokazywać.
Perkusiści i kucharze mają jedną wspólną cechę, zza garów i talerzy ich nie widać, ale bez nich się nie obejdzie żadna knajpa ani kapela rockowa. Czasem przez tę niesprawiedliwość cierpią, i nie twierdzę, że bezpodstawnie.
Atom chciał, żeby go było widać, albo przynajmniej słychać. Zabrał się za to tak gwałtownie, że źle przymocowana stopa wyruszyła w małych podskokach w podróż po podium. W końcu się przewróciła i zwaliła na ziemię Pancho Dirka. Na szczęście było to zupełnie pod koniec piosenki.
Pancho wstał, czuł się zażenowany, chciał ludzi przeprosić, ale ludzie wstali i klaskali i krzyczeli, że świetnie, a jeden stary gitowiec krzyknął: – Ale numer. No no no, kurwa, dokładnie jak The Who. Ja też jestem Berlin! Rozpierdolcie to wszystko!
Ktoś na niego skoczył, walnął w łeb, ale spudłował i trafił stojącego obok punola, który padł na ziemię, ale zaraz znowu stał na nogach. Rozdał dwa trzy ciosy i znów był na ziemi a ten, co się przedstawił jako Harald Złotowłosy, klęczał mu na piersiach. Dziewczyny piszczały i właziły na scenę, gitowiec zerwał reklamę piwa, posłał ją w powietrze i trafił Atoma. Atom eksplodował, ryknął i rzucił się z zaciśniętą pięścią przeciw kierunkowi lotu.
Pancho Dirk wciąga na scenę Halinę, coś jej szepce do ucha, ona się szczerzy i kiwa głową, Pancho ją obejmuje, a ja obejmuję Katrin. Mówi, że nam dzisiaj dobrze poszło i że następnym razem moglibyśmy grać trochę dłużej, i może poprawić dźwięk, ale że na przykład numer na końcu nie był zły, że to tylko potwierdziło, że muzykę robimy z prawdziwej pasji.
Przyciskam Katrin do siebie, jej włosy pachną dziś inaczej niż zwykle, jakby je wykąpała w rumianku, a nie w łoszengoł. Patrzymy na zamęt pod sceną. Tłucze się tylko kilka osób, ale w tej ciemności wygląda to na całą zgraję krzyczących dzików. Pancho Dirk mówi, że rozpoznał dwóch awanturników, że należą do pokojowej mafii Lennona, do tych zakatarzonych hipisów, co się lubią prać, żeby zaprowadzić światowy pokój, ale to im nie wychodzi, i dlatego są coraz bardziej agresywni, i że dowodzi nimi jedna świrnięta sześćdziesięcioletnia hipisówa, która ma ponoć kontakty z Lennonem, i że człowiek musi na nich mieć oko, bo oni są coś jak mafia kosowska, której chodzi o zawładnięcie całym berlińskim światkiem muzycznym.
Mówię, że tak, i dopiero teraz spostrzegam, że z tyłu pod napisami Wyjście i Toaleta stoi ktoś, kto tam stał przez cały czas, i że to jest ten człowiek w brązowym, skórzanym płaszczu nad kolana z dzisiejszego poranka, miał takie dziwne, jasne i przenikliwe oczy, ale poza tym był cały szary, bardziej szary niż ściany wejścia do ubany na Potsdamer Platz, gdzie chciał, żebym mu zagrał Let It Be. Już samo w sobie to było dziwne, bo większość ludzi nigdy nie wyraża życzeń, tylko przelatuje obok, w najlepszym razie przelatuje nieco wolniej i wrzuci jakiegoś drobniaka.
Ale on sobie nucił Let It Be i tańczył wokół w dość małych kółeczkach. Mówiłem sobie, jakiś wariat, jeszcze mnie przez niego zgarną, ale ludzie jakby nic nie widzieli, normalnie szli dalej, nie odwracali wzroku jak zawsze, kiedy widzą szaleńca albo kogoś, kto umiera, niektórzy nawet na trzy sekundy się zatrzymali i wrzucili kilka centów.
Ten człowiek tańczył niepewnie jak uczeń, który po raz pierwszy znajdzie się na łyżwach i na zamarzniętym stawie nie ma się czego złapać. I tak samo jak gdzieniegdzie łyżwiarz niezauważony przez nikogo zniknie pod powierzchnią lodu i wynurzy się dopiero w maju, tak zniknął nagle i on, w kubku zostały po nim osiemdziesiąt dwa centy, aż mi przyszło do głowy, czy to nie mógłby być jeden z tych, co o nich opowiadał Günter, jeden z tych, których większość ludzi nie widzi, jeden z tych, co już ludźmi nie są, albo tylko na pół, albo jak by to powiedzieć: po prostu jeden z tych, co to ich ubana odcięła od życia a oni zostają w metrze, tak jak inni odchodzą po śmierci do nieba.
– Widzisz tamtego gościa? – pytam Katrin.
– Którego?
Ale pod drzwiami już nikogo nie było. Napisy Wyjście i Toaleta przecinają ciemność długimi, żółtymi pasami. W powietrzu latają wyzwiska, okrzyki i kufle od piwa. W tych na dole ktoś nieustannie wlewa nieznośną posępność zmuszającą do bicia.
Nagle jakby w salę uderzył piorun. Ktoś huknął: – Dosyć, kurwa! Jasne?
To był Atom.
koniec.
Jaroslav Rudiš - Niebo pod Berlinom. Překlad: Joanna Derdowska. Proszynski, Warszava 2007